Efektywność produkcji jedzenia a fleksitarianizm
SONY DSC

Grudzień 5, 2016

Jednym z argumentów, który przekonuje do ograniczenia spożycia mięsa jest wiedza o tym, ile wody czy przestrzeni trzeba, aby wyprodukować to co jemy. 

“Świadomość” to w sumie dziwny stan. Człowiek dobrze się czuje jak już się czegoś dowie i coś zrozumie, ale przez to traci pewne rzeczy. Ja dziś na mięso patrzę inaczej, bo wiem jaką drogę przeszło od swojego biologicznego początku aż na mój talerz.

I nie piszę tego, by Wam coś obrzydzić. Ale efektywność produkcji jedzenia jest ważną rzeczą, tym bardziej kiedy uświadomimy sobie ile osób głoduje na świecie. Im więcej musimy włożyć w wyprodukowanie tego co trafia na talerz, tym gorzej dla naszego świata. Zużywamy wtedy sporo zasobów, a te nie są przecież nieskończone.

2

Według raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2030 roku świat może dotknąć ubytek wody pitnej dochodzący nawet  do 40% obecnego poziomu!

A do wyprodukowania 300 gramów pszenicy potrzeba 390 litrów wody. Z kolei by uzyskać 300 gramowy stek, trzeba zużyć aż 4650 litrów wody pitnej!

W liczeniu efektywności produkcji ważne jest też ile w całym tym procesie wytworzonego zostanie dwutlenku węgla. I tak, by wytworzyć dosłownie jeden kilogram:
pomidorów, powstanie 1 kilogram CO2
tofu, powstaną 2 kilogramy CO2
wieprzowiny, do atmosfery wydostanie się aż 12 kilogramów CO2
wołowiny, uwolnimy 27 kilogramów CO2
jagnięciny, trzeba wyprodukować aż 39 kilogramów CO2!

Różnice są więc przytłaczające. A to nie koniec porównań…

Do produkcji żywności potrzebujemy też terenów upraw czy hodowli zwierząt. By powstał kilogram białka z soi, trzeba 12 metrów kwadratowych ziemi. Kilogram białka mięsa świni potrzebuje już 107 m², czyli 9 razy więcej powierzchni. Wołowina jest jednak rekordzistką. By uzyskać kilogram białka mięsa krowiego musimy mieć obszar o powierzchni 377 metrów kwadratowych, czyli 32 razy większy niż dla białka sojowego.

I na koniec…

Polecam

Reklama


Cześć, mam na imię Paweł

Z wykształcenia jestem magistrem biologii i dziennikarzem. Od 2016 roku mówię również o sobie: fleksitarianin. Trochę to wyszło z przypadku, kiedy natknąłem się na ten termin gdzieś w sieci. Nagle okazało się, że przez całe życie pasowałem do definicji, której nie znałem.

Na blogu dzielę się swoją wiedzą dotyczącą ograniczenia jedzenia mięsa, bo wiem, że nie jest to łatwy temat. Codziennie szukam kulinarnych inspiracji i śledzę rozwój naukowej wiedzy o dietach, żywieniu i ochronie środowiska naturalnego.


Kontakt